O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Znów Borówki na talerzu

Dawno tyle przyjemności nie sprawiło mi słuchanie tak bezpretensjonalnie skrojonej płyty.

Dziś nadrabiam zaległości: oto recenzje dwóch kolejnych wydawnictw agencji Borówka Music Bartosza Borowicza: przeciętnego singla Henry David's Gun oraz świetnej pełnowymiarowej płyty Ragnara Ólafssona.

*
Henry David’s Gun

W niedługim czasie po ukazaniu się singla Henry No Hurry, otrzymaliśmy zapowiedź nowego albumu Henry David’s Gun. W obu przypadkach chodzi o Jana Wawrzyńca Dąbrowskiego oraz – choć pierwsza z wymienionych nazw to jego solowy projekt – wspierających go Michała Sepiołę oraz Macieja Rozwadowskiego.


Jeśli kręciłem nosem nad HNH, aczkolwiek nie tyle z powodów artystycznych, co pomysłów na ciągnięcie kilku bardzo podobnych projektów jednocześnie, to tym razem moje wątpliwości są ściśle merytoryczne. Chwaliłem bowiem pierwszy krążek Henry David’s Gun, tymczasem trzy nowe utwory rozczarowują mnie bardzo. Mogę oczywiście wziąć poprawkę na to, że niekoniecznie stanowię target takiego grania, ale nie zmienia to faktu, że zachowuję prawo do własnych opinii. Zwłaszcza gdy mam w sobie wielką dozę ufności, a tak jest zawsze, gdy nowe odwołuje się do bardzo szeroko pojętej tradycji, nie tylko pop music.

Trzy utwory, dziewięć minut – a nie umiem uwolnić się od wrażenia, że jest nużąco, monotonnie i w dodatku – w odróżnieniu od płytki HNH – nieswingująco. Jeśli Dąbrowski z kolegami pragnie dotrzeć do szerszego grona odbiorców, powinien coś z tym fantem zrobić. Urozmaicić fakturę muzyczną, ożywić to granie – tak aby umknąć wrażeniu liniowości i podobieństwa jednej piosenki do drugiej. Nie sądzę bowiem, że chodzi mu o usypianie słuchaczy. Potencjał jest, wrażliwości i kultury muzycznej nie brakuje, trzeba natomiast wpuścić w to granie więcej życia. (Te słowa pisałem kilka miesięcy temu. Ostatnio dotarła do mnie druga długogrająca (choć niespełna czterdziestominutowa) płyta Henry David’s Gun. I chyba – na szczęście – jest lepiej, niż się obawiałem).




**
Tego ostatniego nie brakuje natomiast w solowej propozycji

Ragnara Ólafssona.

Muzyk znany wcześniej z udziału m.in. w Árstíðir debiutuje jako solista. Dawno tyle przyjemności nie sprawiło mi słuchanie tak bezpretensjonalnie skrojonej płyty. Dyskutowanie nad kwestiami wrażliwości i wyobraźni muzycznej jest trudne i, najczęściej, bezprzedmiotowe. Jeśli propozycje Henry David’s Gun muskają mnie i płyną gdzieś dalej, o tyle Ólafsson trafia mnie w samo serce.



Ten mężczyzna o posturze drwala potrafi oczarować pokładami delikatności, przejawiającymi się zarówno w sposobie śpiewania, jak i w warstwie instrumentalnej. A ja, obok zamiłowania do mocniejszych gitarowych dźwięków, zawsze znajdowałem w sobie sporo przestrzeni dla nut łagodnych i niespiesznych. Mam nieodparte przekonanie, iż inspiracje Islandczyka są tym, co stanowi lwią część mojej osobistej edukacji muzycznej: zostajemy przeniesieni do lat 60. i 70., w przestrzenie ballady - rozpisanej najczęściej na instrumenty akustyczne, wśród których prym wiodą raz gitary, a kiedy indziej instrumenty klawiszowe. W zaśpiewanym w damsko-męskim duecie War kłaniają się więc Simon i Garfunkel w swym najbardziej aksamitnym numerze Scarborough Fair, a także klasycy rocka symfonicznego w swej lirycznej odsłonie – Pink Floyd (Dozen albo znakomity, łączący kameralność z monumentalnością Scar, z głosem dziecka przywodzącym mi na myśl Yesowy Circus of Heaven), Genesis z czasów, gdy był kwartetem (A Prayer czy przepiękne, kończące album Red Wine) oraz wczesny Radiohead - tytułowy (Urges).



Oczywiście – i na szczęście – u Ólafssona nie ma mowy o tak rozbudowanym instrumentarium klawiszowo-komputerowym. To pozwala ocalić kameralność piosenek i uniknąć wtórności i epigoństwa. Ponadto, co niebagatelne, pozwala bronić się tej muzyce wykonywanej na żywo w skromnym, dwuosobowym składzie, na gitary akustyczna i elektryczną, czego doświadczyłem w październiku na koncercie w Chorzowie.

Słucham tej płyty z niemalejącą przyjemnością. Dostrzegam w niej wielki potencjał, który powinien uczynić jej autora kimś o powszechnej popularności, pożądanego i wyczekiwanego, nie zaś znanego nielicznym. Muzycznie niczego tu nie brakuje, potrzeba „tylko” trybów machiny promocyjnej o trochę innych gabarytach. Krążek ma bowiem wszelkie dane, by na dłużej zagościć na antenie Programu III Polskiego Radia. A przede wszystkim – w sercach słuchaczy.

(Ragnar Ólafsson, Urges; Henry No Hurry, Black Desaese, 2017)

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...