O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Borówkowy Kombinat, czyli prawdziwy festiwal eurowizji

Dwóch Islandczyków o posturach drwali, pięciu pięknych chłopców z Litwy, kowboj z Ukrainy oraz Ukrainka i Polka w strojach ludowych – międzynarodowo i kolorowo było wczoraj na dwóch scenach Chorzowskiego Centrum Kultury. W odróżnieniu od „prawdziwego” Festiwalu Eurowizji – kameralnie, bez kamer, za to z przekazem na więcej niż sensownym poziomie wykonawczym.

*
Dwóch Islandczyków, o posturach, nie przymierając, drwali, pięciu pięknych chłopców w garniturach lub kamizelkach i białych koszulach z Litwy, kowboj z Ukrainy oraz Ukrainka i Polka w strojach ludowych, mające u boku dwóch panów – międzynarodowo, kolorowo i różnorodnie było wczoraj na aż dwóch scenach Chorzowskiego Centrum Kultury. W odróżnieniu od „prawdziwego” Festiwalu Eurowizji – kameralnie, bez kamer, za to z przekazem na więcej niż sensownym poziomie wykonawczym.


Wykonawcy, poza ostatnim, raczej tzw. ogółowi nieznani. Nieobecni z Zetkach, Eskach czy RMF-ach, a i w Trójce chyba też nie. Łączy ich fakt, iż związali swe losy, przynajmniej gdy chodzi o nasz rynek, z Bartkiem „Borówką” Borowiczem. Patrzyłem wczoraj (pierwszy raz) na niego, słuchałem konferansjerki – i podziwiałem sympatycznego, normalnego faceta. Parę lat temu nie brakowało złośliwych komentarzy, gdy agencja Borówka Music legitymowała się jedną wydaną płytą. Dziś Piotr Brzeziński, czyli Peter J. Birch, przebija się powoli do mainstreamowej świadomości, zaś Bartek…

Miał wczoraj na sobie białego tiszerta w czarne albo szare ołówki. A więc tym, muzyką – pomyślałem - zajmuje się w dorosłym życiu

Zaczarowany ołówek (Ołówek),

bohater jednej z moich ulubionych kreskówek z dzieciństwa. Życie jest brutalne: nie da się, jak w animowanym filmie, jednym rysunkiem wyczarować Złotych Płyt, pełnych sal koncertowych, Grammy czy Fryderyków. A jednak – wbrew rynkowi opanowanemu przez potężne koncerny płytowe i agencje koncertowe – można walczyć o kawałek tortu, realizując przy tym swoją największą życiową pasję.


Na pierwszy ogień „poszedł” Ragnar Ólafsson. O gusta nie sposób się spierać, ale z wielu propozycji Borówka Music pierwsza solowa płyta Islandczyka, znanego wcześniej niektórym z występów w formacji Árstíðir) idealnie wpisała się w moją wrażliwość. Pewnie m.in. dlatego, że odwołuje się do rzeczy „starych”: Simona i Garfunkela, rocka progresywnego - mimo swej kameralności - i Radiohead z okolic O.K. Computer. Obawy, jak staranna i bogata chwilami aranżacja płytowych wersji piosenek przełoży się na koncert, w którym RÓ grający na gitarze akustycznej wspierany jest tylko przez gitarę elektryczną (i damski wokal w jednym numerze), były niepotrzebne. Choć

Ólafsson

nie gra wybitnie – bo akordami, a nie palcami - całość świetnie się wybroniła. Dzięki przyzwoitej grze na instrumencie połączonej z bardzo ciekawym głosem (Islandczyk to duży mężczyzna operujący o wiele częściej delikatnością niż dociskaniem, przy tym świetnie radzący sobie z falsetami) oraz dającej oddech, lirycznej najczęściej – w stylu floydowsko-gilmourowym – gitarze elektrycznej dało się osiągnąć naprawdę przedni efekt. Wydaje mi się, że Ólafsson ma wszelkie dane, by przebić się na naszym rynku, że gra coś, co stary wyjadacz Piotr Kaczkowski lubi najbardziej, a w ślad za nim – wielka rzesza wyznawców Minimaksu.



Po artyście z Islandii na scenie stanęło pięciu ładnych i dobrze ubranych młodzieńców z sąsiedniej Litwy. Chłopaki podobno są tam sporą gwiazdą, zbierającą wiele krajowych nagród. Choć rozumiem Borowicza, który szuka w Polsce i ościennych krajach nieodkrytych jeszcze przez rodzimego słuchacza wykonawców, tym razem wydaje mi się, że to strzał chybiony. Bardzo schematycznego pop-rocka mamy w rodzimym wydaniu dostatecznie dużo, by nie mieć ochoty zwrócić baczniejszej uwagi na towar z importu.

Colours of Bubbles

to, z zachowaniem proporcji, taki Coldplay. Czyli, jak powiedział onegdaj w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Piotr Metz, ilustrując rozróżnienie między pojęciami „muzyka” i „entertainment”, zdecydowanie to drugie. Schemat goniący schemat, banalne piosenki ubrane czasem w niby ostry aranż – może to coś nowego na Litwie, ale w świecie znane od lat. Do dojrzałego Myslovitz Colours daleko, ale tak sobie przypomniałem, dlaczego nie wypaliła kariera Rojka i kolegów na Zachodzie: w Wielkiej Brytanii podobnie grających zespołów mieli mnóstwo, w dodatku lepiej śpiewających po angielsku.



O wiele przyjemniej zrobiło się podczas seta

Sashy Boole’a,

niewysokiego, ale z potężnymi barami artysty z Ukrainy. Niezwykle sympatyczny songwriter zagrał sam (inaczej niż na swojej trzeciej, najnowszej płycie), ale wybronił się znakomicie. Wyposażony był nieźle – w gitarę akustyczną na ramieniu, przystawkę do harmonijek ustnych (szeroki pas na biodrach z ich zestawem wyglądał groźnie, na Ślonsku godajom: choby z handgranatami), a pod prawym butem urządzenie dające efekt stopy perkusyjnej, wzmocnionej jeszcze w końcowych fragmentach występu założonym „tamburynem”. Ach, i jeszcze dwa mikrofony – drugi brzmiący niczym megafon (przepraszam, brakuje mi fachowej wiedzy, by właściwie nazwać instrumentarium Sashy).

To była porcja muzyki przeznaczona szczególnie dla miłośników amerykańskiego Południa, bluesa, country, folku, porcja bardzo świeża i okraszona na dodatek uroczą konferansjerką (w głowie od razu pojawiły się jakieś skojarzenia z Aloszą Awdiejewem).



Całość zwieńczył występ

Dagadany

– kwartetu niezwiązanego bezpośrednio z Borówka Music, ale z racji pomieszania tego, co ukraińskie i polskie, co ludowe, jazzowe i elektroniczne, świetnie wpisującego się w międzynarodową formułę agencji. To muzyka, która nie całkiem jest moją bajką, zwłaszcza gdy – jak na początku – elektroniki było sporo, nie jestem też wyznawcą bezustannego forte, wokalnego natarcia, a tak śpiewa Dana Vynnytska (pisownia z oficjalnej strony zespołu). Jednak gdy melodii, ludowości i piana pojawiło się więcej, gdy odnalazłem klimaty z okolic wczesnej Kate Bush czy Tori Amos, serce zabiło zdecydowanie żywiej.

*
Pozostaje

pogratulować pomysłu

organizatorom koncertu. Sto dziewięćdziesiąt minut za niewygórowane trzydzieści złotych to przyjazna dla ucha i kieszeni dawka. Bardzo dobrą i pozwalającą zachować dobre tempo koncepcją było też przenoszenie akcji z sali koncertowej do foyer i z powrotem. Po występie Ragnara Ólafssona obejrzeliśmy wystawę zdjęć Bartka Busza, dokumentującą jedną z tras Sashy Boole’a po Polsce i jednocześnie zapowiadającą publikację książkową. Wróciliśmy do sali, by obejrzeć występ litewskiego kwintetu, potem, znów we foyer, wysłuchaliśmy grającego na specjalnie zbudowanej małej scenie ukraińskiego solisty, a na koniec wróciliśmy na fotele, by wziąć udział w koncercie Dagadany. Oszczędzono w ten sposób słuchaczom nużącego czekania, aż scena zostanie przeinstalowana na potrzeby kolejnego wykonawcy.

Kiedyś w Chorzowskim Centrum Kultury odbywały się cyklicznie koncerty, które wraz z gospodarzami przygotowywał nieodżałowanej pamięci Marcin Babko. Wówczas prezentowali się wykonawcy rekrutujący się głównie z województwa śląskiego. Czy teraz - choć formuła inna, międzynarodowa - możemy spodziewać się, iż Kombinat nie będzie jednorazowym wydarzeniem?

(Festiwal Kultury Nieprzymuszonej Kombinat – Dagadana, Sasha Boole, Colours of Bubbles, Ragnar Ólafsson, Chorzowskie Centrum Kultury, 27 października)

Trwa ładowanie komentarzy...