O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Czas na Borówki: Sasha Boole i Henry No Hurry!

Bartek Borówka wyrasta na najbardziej lirycznego wydawcę w naszym kraju. W ostatnim czasie trafiły do moich rąk trzy pięknie wydane przez BORÓWKA MUSIC płyty.

*
Bartek Borówka wyrasta na najbardziej lirycznego wydawcę w naszym kraju. Konsekwentnie podejmuje współpracę z – nie tylko rodzimymi – songwriterami, wyznawcami dźwięków częściej akustycznych niż elektrycznych, nawiązującymi do odwiecznych tradycji muzyki europejskiej, czyli melodii i harmonii, a także czerpiących z muzyki amerykańskiej XX wieku – przede wszystkim folku. W ostatnim czasie trafiły do moich rąk trzy pięknie wydane przez BORÓWKA MUSIC płyty. Chciałbym, póki co, zatrzymać się przy dwóch z nich.

Don't Hurry Be Henry


Próbując podzielić się wrażeniami po wielokrotnej lekturze zawierającej trzy piosenki EP-ki Henry No Hurry! The Road trudno przebić zgrabny tekst z kartki włożonej do koperty razem z płytą:

Jeden samochód, kilka instrumentów.
Bez pośpiechu, bez oczekiwań.
Sam ze sobą i swoimi „dziwactwami”.
Raz Henry, a raz Harry.
Dr. Jekyll i Mr. Hyde.

Wawrzyniec Jan Dąbrowski (Letters From Silence oraz Henry David's Gun) tym razem przedstawia swój solowy projekt. To dziś dość powszechne, że muzycy pojawiają się w wielu składach, mam tylko wątpliwość, czy w tym konkretnym przypadku mamy rzeczywiście do czynienia z doktorem Jekyllem i panem Hyde'em. Raczej ciągle jest to ten sam facet, który bez pośpiechu proponuje nam swoje niespieszne nuty. Pytanie, czy na tym etapie kariery ma uzasadnienie dzielenie uwagi swojej i – co chyba istotniejsze – słuchaczy między dwie nazwy (o Letters From Silence, mogę się mylić, ale dziś chyba trzeba mówić w czasie przeszłym). Tym bardziej, że trudno znaleźć istotne różnice stylistyczne, a i nazwiska pozostałych członków HDG pojawiają się w opisie tej płyty.

Trzy utwory, niewiele ponad dziewięć minut to zbyt mało, by wyprowadzać daleko idące wnioski. Jeśli ten materiał ma być zapowiedzią czegoś większego, to życzyłbym sobie mimo wszystko paru skoczniejszych przerywników. Nawet łagodność bowiem – jak wszystko w zbyt dużej dawce – może okazać się nieco nużąca. A ponadto – różnicy jakościowej, która pozwoliłaby wyraźnie odróżnić propozycje solowe od tych Henry David's Gun. Świetny, matowy i chrypiący wokal oraz stylowe, swingujące gitary to spory potencjał. I szkoda by było, gdyby takie atuty przepadły we mgle tego, co usiłuje się nazywać rodzimym rynkiem muzycznym.



Sasha trzeci NieBoolesny

Sasha Boole jest – na ile mogę to ocenić – artystą szczególnie promowanym przez Bartka Borówkę, co po części może wynikać z niespotykanej aktywności ukraińskiego muzyka. Ilość koncertów, jakie daje, robi wrażenie - nawet jeśli uwzględnić fakt, iż organizacja kameralnego czy bardzo kameralnego, akustycznego występu to znacznie mniej roboty i kosztów niż gdy przychodzi zainstalować na scenie pięciu muzyków podłączonych do wzmacniaczy.

Golden Tooth to trzeci album wykonawcy. Nie znając poprzednich, nie jestem w stanie dokonać porównań. Z dołączonej notki dowiaduję się, że nowością jest bogate instrumentarium. Pewnie jest z Boole'em trochę jak z Dylanem albo Youngiem – którzy czasem nagrywali/nagrywają sami, a czasem w większych składach.
Te dwa nazwiska wymieniam nieprzypadkowo, bowiem Boole zafascynowany jest tego typu muzyką amerykańską. Zaoceaniczne patenty ma nieźle rozpracowane, widać, jak bardzo inspirujące dla muzyków na całym świecie są dokonania mistrzów – poza dwoma wspomnianymi już wielkimi nazwiskami notka wymienia także Johnny'ego Casha oraz Kinga Dude'a.



Ale nie tylko dźwięki rodem z USA bliskie są Boole'owi. Całość zaczyna się bowiem dudami, których tropy prowadzą słuchacza na szkockie łąki. Natomiast na singlowe przeboje wytypować można by piosenki tytułową oraz Down By The Riverside, jakby wyrwaną z dyskografii Placebo.

Album jest krótki, niewiele ponadtrzydziestominutowy. Stanowi swoisty przegląd fascynacji Boole'a artystami i nurtami przede wszystkim, jako się rzekło, amerykańskimi. To muzyka prosta i bardzo przyjemna dla ucha, choć niekoniecznie łatwa. Piosenki zostały napisane i nagrane z dużą starannością i kulturą muzyczną – całość brzmi świetnie.

Co mi przypomina widok znajomy ten? Krążek Boole'a zamieniam w szufladce odtwarzacza na The Shore Up In The Sky Petera J. Bircha, czyli Piotra Brzezińskiego. Wcześniej soczystość, teraz więcej brudu, ale mam nieodparte wrażenie, że spotkanie obu młodych dżentelmenów w studiu nagraniowym to kwestia niedalekiej przyszłości.

(Henry No Hurry!, The Road, 2017 (EP) oraz Sasha Boole, Golden Tooth, 2017. Wyd. Borówka Music)

Trwa ładowanie komentarzy...