O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Madryt: w lewo, a potem mocno w Prado

Czy ja coś mówiłem niezbyt pochlebnego o stolicy Hiszpanii? Niech tylko ktoś po cichu mi albo żonie powie, że możemy tam wrócić. Znów spędzilibyśmy cały dzień w Prado i, dla wytchnienia, nazajutrz pośmialibyśmy się trochę z dziewiętnastowiecznych landszaftów amerykańskich w muzeum Thyssen-Bornemisza.

*
Obieżyświatem nie jestem, aczkolwiek z biegiem dni i lat stwierdzam, że podróże smakują mi coraz bardziej. Europejskie, bo Stary Kontynent jakoś bliższy ciału i, choć od swych korzeni oddalający się wciąż mocniej i mocniej, to właśnie za sprawą korzeni, znaków kulturowych, łatwiejszy do rozkodowania. Mając nieodparte wrażenie, że Europa umiera (ujemny przyrost naturalny powoduje, że białej rasy ubywa i nie trzeba żadnych wojen, by nas nie było, wystarczy tylko jakieś pięćdziesiąt, góra: sto lat) trzeba, póki jeszcze czas, nasycić oczy dobytkiem - póki jest, póki kamienie trwają, póki desek i płócien mistrzów barbarzyńcy nie rzucili na całopalny stos.
*
Madryt, z tych nielicznych odbytych dotąd podróży, okazał się najmniej ciekawy. Może mało widziałem, nie byłem w Neapolu, ale - rozczarowujący wszechogarniającym brudem. Łza się w oku kręci na wspomnienie florenckich sklepikarzy myjących co rano mopami chodniki przed swymi handlowymi włościami. Sprej nie oszczędza żadnej garażowej bramy ani żadnej rolety – czy to sklepowej, czy nawet teatralnej. Śmieci i psie g... walają się wszędzie, niewolne od tych pierwszych są nawet te miejsca pod gołym niebem, gdzie swe stoliki rozkładają – zgoda, nie najwyższych lotów - restauracje i piwiarnie. Ktoś powie, że takie obrazki dotyczą części miasta klasy B, a może C. Nawet jeśli, to w niezbyt wielkiej w sumie stolicy Hiszpanii wystarczy tylko skręcić z jednej czy drugiej większej ulicy, by znaleźć się w znacznie mniej reprezentacyjnych miejscach.



Architektura w pewien sposób przypomina

chaos wielkomiejskiej zabudowy

w demoludach. Trochę ponad czterysta lat to za mało, by obezwładnić i urzec swym pięknem, a od tylu lat Madryt jest miastem stołecznym. Obok gmachów starych, imponujących, ale nie tak znowu licznych, nastawiano różnych dziwnych budynków, tak na oko z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Nieciekawy efekt daje pomieszanie stylowych kamienic charakterystycznych dla południa Europy, nierzadko pięknie zdobionych, z żółtej lub jasnoczerwonej cegły, z brzydkimi plombami z czasów dyktatury Franco - wypisz wymaluj gomułkowskimi czy gierkowskimi. Ponadto o pomstę do nieba woła na przykład pozwolenie, by w bezpośrednim sąsiedztwie katedry stanął zasłaniający ją z jednej strony kilkukondygnacyjny dom mieszkalny, albo wystawienie nowych bloków, skądinąd efektownych, ale zupełnie niepasujących do okoliczności – gdy po drugiej stronie ulicy stoi pałac królewski.

Wrażenie bałaganu dopadło mnie niemal natychmiast, po przyjeździe w niedzielne popołudnie, i nie opuściło do końca, czyli piątku. Odrapane elewacje budynków, co krok jakieś rusztowania albo barierki na chodnikach, tylko jakoś robotników nie widać – ogólnie panująca mañana. Cowieczorne wystawianie kubłów przy krawężnikach (żadnej segregacji odpadów nie dostrzegliśmy), nawet tych przy najbardziej reprezentacyjnych, jak Grand Via, traktach, zadziwia. Gdy opuszczaliśmy z żoną około 21.30 sklep Atletico przy wymienionej ulicy, tuż przy wejściu leżały sobie bezładnie trzy albo cztery pokaźnych rozmiarów kartony. Służby sprzątające widzieliśmy raz, przed odjazdem. Przez wąskie ulice przeciskała się tzw. polewaczka. Próżno jednak szukałem w niej bocznych dysz, przez które pod ciśnieniem wydostawałaby się woda spłukująca bruk albo asfalt. Za samochodem stał po prostu facet dzierżący w rękach potężny (jak u „szambelanów”) szlauch i osobiście polewał, mniej lub bardziej skutecznie, nawierzchnię.



Temperatury, nawet w maju, są takie, że dostrzec przy zapadającym zmierzchu

światło w oknie

jakiejkolwiek kamienicy nie jest łatwo. Wyraziłem nawet przypuszczenie, że świeci się tam, bo ktoś wpadł się przebrać albo, opuszczając mieszkanie, zapomniał zgasić światło. Życie toczy się „na zewnątrz”, na ulicach, placach, sklepy otwarte są do godzin w Polsce niewyobrażalnych. Daje to też jeden z wątpliwych efektów wielkomiejskich: potworny szum i hałas. Cicho rozmawiają ze sobą chyba tylko zakochani, częściej natomiast można napotkać wzrokiem typy ludzkie znane na przykład z filmów Almodovara. Na niejedną panią w moim mniej więcej wieku, w kolorowym stroju i z ostrym makijażem, bałbym się nawet spojrzeć ze zbyt bliskiej odległości, a to w obawie, że zabije mnie albo co najmniej pozbawi na dłużej przytomności już sam jej głos.

Za kilka euro kupujemy wejściówkę na taras widokowy w Palacio de Cibeles Centrocentro, skąd rozciąga się widok na całe praktycznie miasto, robimy sobie zdjęcia na Plaza Puerta del Sol na znaczniku z brązu (od którego podobno mierzy się wszelkie odległości w Hiszpanii), tuż obok niedźwiadka – symbolu stolicy oraz pomnika Karola III. Codziennie przechodzimy przez Plaza Mayor, na którym w dniu świętego Izydora, na postawionej całkiem sporej scenie, odbywały się koncerty lokalnych wykonawców. Odwiedzamy ogród botaniczny, niespecjalnie zadbany, ale z imponującą kolekcją bonsai, oglądamy piękny i zabytkowy już dworzec kolejowy (ze wspaniałą zielenią wewnątrz). Zaliczamy wizytę pod stadionem im. Santiago Bernabéu, w odróżnieniu od barcelońskiego Camp Nou otoczonego zewsząd większymi i mniejszymi budynkami mieszkalnymi. Konstatuję ze zdziwieniem, że w ten sposób nie ma w tym obiekcie miejsca na boisko treningowe. Odwiedzamy także potężny sklep firmowy z gadżetami wszelkiej maści – brakuje w nim chyba tylko urn i trumien z herbem klubu.


*
To wszystko – Gran Via wyglądająca

jak Nowy Jork sto lat temu

(zdanie wyczytane w przewodniku), nieimponująca ogólnie architektura i brud - nie ma jednak większego znaczenia. Celem podróży były muzea. Z miast już „zaliczonych” przebija Madryt chyba tylko Amsterdam ze swoimi Rijksmuseum, muzeum Van Gogha, Stedelijk Museum oraz muzeum Fransa Halsa w nieodległym Haarlemie. Stolica Hiszpanii szczyci się – jak najbardziej słusznie - słynnym Prado, ale także imponującą kolekcją Thyssen-Bornemisza i znacznie skromniejszym – ale takim, że puchlibyśmy z dumy, mając je nad Wisłą – muzeum Reina Sofia.

Hiszpania ma swoich wielkich, co pokornie uświadomiłem sobie w trakcie przygotowań do wyjazdu, ma swoje pięć minut w historii sztuki – i to kilkakrotnie. Ma też paru tylko trochę mniejszych, mniej znanych. Ma El Greca, Velazqueza i Goyę, ma Picassa, Miró i Dalego, ale też Riberę i Zurbarána, Sorollę i Grisa.


*
Trochę ta nasza eskapada odbyła się tym razem na wariackich papierach. Po opuszczeniu w poniedziałkowe popołudnie muzeum Thyssen-Bornemisza udaliśmy się do Prado i – w obawie przed jeszcze większymi tłumami w czwartek, w dzień wolnych wstępów do przybytków kultury, zakupiliśmy bilety na środę. Gratką okazało się to, że do wejściówki można było dokupić za 9 euro obszerny katalog, normalnie kosztujący bodaj 19,90 (w ten sposób mój plecak w drodze powrotnej do kraju miał całkiem niezłą wagę – trzymałem w nim przewodnik oraz dwa sporo ważące katalogi, poza wymienionym jeszcze podobny z drugiego ze wspomnianych muzeów).

Mieliśmy więc ustawioną środę, a w planach jeszcze Reina Sofia i

wypad do Toledo.

Z tym ostatnim nam się udało. Wracając w poniedziałek do wynajętego lokum, namierzyliśmy przypadkiem biuro jednej z firm przewozowych, oferujących takie właśnie zorganizowane wyjazdy. Biletów co prawda nie zdecydowaliśmy się kupić, ale wzięliśmy ulotki i wieczorem postanowiliśmy, że jedziemy.



Nazajutrz wstaliśmy przed siódmą, tak by grzecznie ustawić się na przystanku na Plaza Puerta del Sol, gdzie nominalnie o 8.20 miał zatrzymać się autokar zbierający wycieczkowiczów. Byliśmy chyba jedynymi osobami bez biletu, inni, w większości Hiszpanie i Japończycy, byli w ich posiadaniu, więc towarzyszyła nam odrobina adrenaliny. Tłum, im bliżej było planowego odjazdu, gęstniał, ale okazało się, że weszliśmy bez problemu, uiszczając opłatę za całą wycieczkę w wysokości 25 euro od osoby – przejazd w obie strony plus spacer z przewodnikiem (w dwóch grupach, po hiszpańsku lub angielsku).

Toledo, stary gród górujący nad okolicą, robi imponujące wrażenie. W pewien sposób przypomina toskańską Sienę – do miasta trzeba się mocno wdrapywać schodami. Na szczęście większość z nich, w obie strony, w górę i potem w dół, jest ruchoma. W Toledo jednak, w porównaniu ze Sieną, trudniej zgubić tłumy turystów. We włoskim mieście, gdy odejść nieco od słynnego Piazza del Campo albo katedry, jest trochę uliczek dość pustawych. Tutaj prawie nie było na to szansy: mnóstwo autokarów, a z każdego z nich wylewające się kilkudziesięcioosobowe wycieczki oglądających.

Po niewiele ponadgodzinnym przemarszu w grupie, mieliśmy trochę czasu dla siebie. Dopchaliśmy się więc za 2,80 od osoby do „Pogrzebu hrabiego Orgaza”, słynnego płótna El Greca wiszącego w przedsionku Iglesia de Santo Tomé. O kontemplowaniu sztuki nie było jednak mowy. Ciasnota i napierający tłum na to nie pozwalały, a do tego brak pod ręką albumu o twórczości malarza, uniemożliwiały spokojny odbiór dzieła. Trochę to przypominało – z zachowaniem oczywiście proporcji – smakowanie Michelangela w Kaplicy Sykstyńskiej. Po spacerze uliczkami miasta zawróciliśmy, by wejść za 10 euro do katedry. Pal licho wszystko inne, najważniejsze kryją pomieszczenia zakrystii: wspaniały zbiór malarstwa, ze szczególnym uwzględnieniem, oczywiście, El Greca, ale też Caravaggia czy Tycjana.

Na koniec ekskursji zafundowano nam autokarowy objazd drogami wijącymi się u podnóża miasta. Imponujące i niezapomniane widoki.


*
Degustację sztuki zaczęliśmy od muzeum

Thyssen-Bornemisza,

korzystając z okazji, że w poniedziałek, 15 maja, z okazji madryckiego święta San Isidro, wejście do niego było darmowe, za to tylko w godzinach od dwunastej do szesnastej, co nakazywało podkręcenie tempa – przydałaby się jeszcze co najmniej jedna godzina. Jak na połączone dwie zupełnie prywatne kiedyś kolekcje, zbiór obrazów jest oszałamiający: sięgający średniowiecza, a kończący się na malarstwie z bodaj lat 70. XX wieku. I ostatnie sto lat jest tym, co odróżnia ten przybytek od Prado, gdzie zbiory kończą się na początkach impresjonizmu.

Po długiej, prawie dwuletniej przerwie znów stanęliśmy z żoną przed taką ilością dzieł mistrzów malarstwa: Memlinga, Ghirlandaio, Tycjana, Rembrandta, impresjonistów (śliczna Misia Godebska Pierre'a Bonnarda), van Gogha, ekspresjonistów (po wizycie w Berlinie i odwiedzeniu wystawy pt. „Impresjonizm – ekspresjonizm” stwierdziliśmy, że to malarstwo smakuje nam coraz bardziej): mają tam m. in. kilka prac Kirchnera i Kandinsky'ego z tego okresu. Dalej: kubistyczny Picasso i „matowy”, zupełnie niehiszpański, pozbawiony ostrych barw Juan Gris, zmarły w 1927 roku, w wieku zaledwie czterdziestu lat, jest rosyjska awangarda z Chagallem czy Lissitzkym, jest sporo abstrakcjonizmu ze – znów – Kandinskym, Klee czy Mondrianem, są Matisse i Magritte, jest Rothko i Hopper z „Pokojem w hotelu”, która to praca znalazła się na okładce przewodnika po muzeum.



Biorę z kolei do ręki przewodnik po

Prado,

bo w nim mam zaznaczone kilkadziesiąt obrazów – zbyt dużo, by je tu wymieniać, zbyt dużo, by nie zanudzić. Ale o niektórych nie sposób nie wspomnieć.

Jest Dürer z „Autoportretem” i „Portretem mężczyzny”. Del Bosco, czyli Hieronimus Bosch – do studiowania: z żywym przewodnikiem albo z książką, bo te obrazy mają tyle znaczeń, że dyletantowi trudno o ich odczytanie. El Greco – znów, wymienię tylko „Bajkę”. Zurbarán – „Święty Franciszek modlący się”. I cały ogrom innych dzieł, aż do Sorolli i początków impresjonizmu – tego, co sprawia, iż zbiory Prado należą do najświetniejszych na świecie.

Diego Velazquez: z „Chrystusem ukrzyżowanym”, z cudownym „Las Meninas” („Pannami dworskimi”) czy antycypującym impresjonizm – a obraz pochodzi z 1630 roku! - „Villa Medici w Rzymie”. Zestawienie z wymienionymi pracami tych tworzonych na zamówienie dworu robi wręcz karykaturalne wrażenie – te konie, te królowe i damy dworu to jakaś inna, niższa liga – ale pozwalająca godziwie żyć i tworzyć genialnemu twórcy.

Francisco de Goya, trzeci z hiszpańskich mistrzów - i rewelacyjny autoportret z 1815 roku, przypominający analogiczne prace Rembrandta. Ponadto „Maja naga” czy „Chrystus ukrzyżowany” („repryza” Velazqueza). Z Goyą jest podobnie jak z Velazquezem – jego portrety członków rodzin królewskich, jak choćby „Rodzina Karola IV”, to, mówiąc kolokwialnie dzisiejszym językiem, jazda bez trzymanki, po bandzie. Malarz zdaje się kpić z pozujących w żywe oczy. Ale jest już zbyt wielki, by mu wymówić posadę, a może w ogóle podejrzewać o ironiczne spojrzenie. Do tych najbardziej chwytających za serce należy „Mleczarka z Bordeaux” (1828) – stary mistrz, na wygnaniu, maluje portret młodej kobiety: prosty, a zachwycający, wyprzedzający to, co wnosi do malarstwa impresjonizm, o całe pół wieku.



Po takich wrażeniach trzeci przybytek sztuki, muzeum

Reina Sofia,

nie mógł już niczym przebić stawki. A przecież trafiliśmy na wystawę Picassa z „Guerniką” w roli głównej, a ponadto zaaplikowaliśmy sobie dawkę Miró i Dalego. I, zupełnie jak by do Madrytu było bliżej niż do Łodzi, zapoznaliśmy się na żywo z pracami Kobro i Strzemińskiego, tworzącymi oddzielną, czasową wystawę. Cóż, tłumów nieprzyciągającą, ale dla nas stanowiącą „powrót do źródeł” po nie tak dawnej przecież premierze „Powidoków”, czyli ostatniego filmu Andrzeja Wajdy.


*
Czy ja coś mówiłem niezbyt pochlebnego o stolicy Hiszpanii? Niech tylko ktoś po cichu mi albo żonie powie, że możemy tam wrócić. Znów spędzilibyśmy cały dzień w Prado i, dla wytchnienia, nazajutrz pośmialibyśmy się trochę z landszaftów amerykańskich z XIX wieku w muzeum Thyssen-Bornemisza.

Bo oglądanie najpiękniej nawet wydanych albumów, choć częstokroć uzupełnione jest sporą dawką cennych, ułatwiających odbiór komentarzy, nigdy nie uderzy w człowieka z taką mocą jak te momenty, kiedy staje się przed oryginałami. Przed tymi najważniejszymi, tymi najbardziej chwytającymi za serce, czasem przez kilka minut, a potem, na koniec „obchodu”, jeszcze raz. By jeszcze się napatrzeć, jeszcze nasycić oczy. Więc z bezradnością dziecka pytam - choć wiem, że to bezsensowne pytanie, zwłaszcza w czasach gospodarki rynkowej: skoro w szkołach coś jeszcze próbuje się wbijać do głowy młodym ludziom, gdy chodzi o literaturę, dlaczego nie daje praktycznie żadnej szansy, by skosztować muzyki tzw. poważnej i sztuki?

(Madryt, 14 - 19 maja)
Trwa ładowanie komentarzy...