O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Bryan Ferry gorący jak rozgrzane żelazo

Ta muzyka wydestylowana w laboratoryjnych, zdawać by się mogło, zimnych warunkach, urzeka wciąż swoim pięknem i niespotykaną w rocku elegancją, a jednocześnie jest pełna życia i energii.

*
Godzinę przed punktualnym do bólu Bryanem Ferrym na scenie pojawiła się

Judith Owen


z czteroosobowym zespołem. Było na co popatrzeć, bo na perkusjonaliach grał Portugalczyk, a smyczki – skrzypce, altówkę i wiolonczelę – obsługiwały trzy bardzo niebrzydkie panie. Walijska wokalistka i pianistka od dwudziestu lat nagrywa płyty w USA, jednak u nas chyba mało kto o niej słyszał. Trzydziestopięciominutowy set przywodził na myśl przede wszystkim wczesną Tori Amos, ale kiedy zrobiło się – w moim odczuciu – zbyt ckliwie i cukierkowo, na koniec dostaliśmy dwa tak pięknie i stylowo zagrane bluesidła (świetną wersję Aquariusa na pożegnanie), że serce zabiło mi zdecydowanie żywiej.



*
Co jest bliżej

istoty rokendrola:

dobiegający pięćdziesiątki, nieco przaśny już Spodek, długowłosi, czasem siwiuteńcy fani w czarnych, bywa, że spranych tiszertach, dżinsach, skórach, trochę spoceni i z kubkiem piwa w ręce – czy nowiutkie Centrum Kongresowe ICE w Krakowie, jeden z tych obiektów, które sprawiają, iż mamy prawo czuć się pełnoprawną częścią Europy, lśniące nowością i architektonicznym smakiem, a w nim - nie wypominając, jak w Katowicach - niemłodzi fani i fanki, tyle że ubrani w większości elegancko i z dużą starannością, popijający przy białych stolikach kawę lub wino z kieliszków - ? Cztery dekady temu odpowiedź byłaby oczywista, tymczasem dzisiaj, za sprawą głównych aktorów, osobiście rację przyznaję tej drugiej grupie. Tym bardziej, że reakcje w obu przypadkach były równie żywiołowe, a rozpoznawanie kolejnych utworów już po kilku taktach jest zdecydowanym wskazaniem na fanów Roxy Music i Bryana Ferry'ego. Z prostej przyczyny, że nigdy ten zespól ani jego lider w solowych dokonaniach nie mogli liczyć w Polsce na tak mocne zainteresowanie dziennikarzy muzycznych i fanów, jak kiedyś Deep Purple, oglądany w akcji w środę.



Zobaczenie BF na żywo było spełnieniem jeszcze jednego mojego muzycznego marzenia. Czas biegnie jednak nieubłaganie i nie do końca da się przewidzieć, jak niemłode już gwiazdy radzą sobie obecnie na scenie. Po kilku minutach niedzielnego koncertu zdałem sobie jednak sprawę, w jakim muzycznym skansenie znalazłem się cztery dni wcześniej.
Wieczór był, nie będzie to nadużycie i nadmiar egzaltacji – magiczny. Ta

magia

rosła z każdą piosenką, uwodząc walorami, za sprawą których fani pokochali to granie. Redaktor Roman Rogowiecki wypalił dawno temu, że muzykę w latach 70. popychali do przodu Steely Dan za oceanem i Roxy Music w Europie. Wtedy wydała mi się ta opinia dziwna i prowokacyjna, dziś dostrzegam w niej przewrotny sens.

Przewrotny zwłaszcza w przypadku Brytyjczyków. Bo niby grali mainstream: najpierw z okolic glam, stosując klasyczne patenty rokendrolowe, obficie przy tym czerpiąc z ducha piosenek Beatlesów, zaprawiając całość nieoczywistymi aranżacjami. Później znaleźli się bliżej popu, dając wręcz jeden z impulsów elektronice lat 80. A jednak potęga smaku jest wielka: robione było to wszystko z niewiarygodną kulturą muzyczną, swobodą w operowaniu środkami i mccartneyowską łatwością pisania piosenek ładnych, acz o nie całkiem prostej fakturze. Ferry pozostał taki do dziś i – o, paradoksie - bije świeżością i szlachetnością dźwięków na łeb, na szyję większość wyliniałych gwiazdorów sprzed lat, tych, co to niejednokrotnie jakby nie chcieli dostrzec, że świat i muzyka dokoła jednak trochę się zmieniają.

Włosy wciąż gęste i – mimo prawie siedemdziesięciu dwóch lat – nie całkiem siwe, nieodłączny elegancki garnitur na grzbiecie i to, co najważniejsze: głos. Z pewnością nie ten co dawniej, niesięgajacy już wyższych rejestrów, bardziej matowy i w ten sposób mniej naznaczony charakterystycznym wibratem - ale na tym chyba różnice między „dziś” a „dawniej” się kończą. To, czym zachwycał przed laty, pozostało, czyli dopracowane w najmniejszych szczegółach piosenki i ich perfekcyjne, krystalicznie czyste brzmienie. Ta muzyka wydestylowana w laboratoryjnych, zdawać by się mogło, zimnych warunkach, urzeka wciąż swoim pięknem i niespotykaną w rocku

elegancją,

a jednocześnie jest pełna życia i energii. Lider dziesięcioosobowego bandu zadbał o to, by publiczności nie pozwolić wejść w rutynę słuchania: rzeczy spokojniejsze cały czas przeplatały się z rozgrzewającymi numerami gitarowymi.



W każdej sekundzie występu czuć było szlachetność – ta muzyka to butelka wina z wyjątkowo dobrego rocznika, takiego, co to trafia się raz na kilkadziesiąt lat. Ferry ze swoimi warunkami głosowymi i niedzisiejszą stylowością mógł stać się piosenkarzem na wzór amerykański, ckliwym i blichtrowatym, występującym z dużą orkiestrą towarzyszącą – i w ten sposób docierającym do zupełnie innej publiczności. Wyobraźnia muzyka i historyka sztuki nie pozwoliła mu jednak zamknąć się w tak ciasnych ramach, stał się mistrzem popu buszującym w rockowym świecie, kompozytorem i wykonawcą, którego należy wymienić w ścisłej czołówce: oczywiście w pewnej odległości za wspomnianym już Paulem McCartneyem, ale w jednym szeregu z Eltonem Johnem. Tym, co go od wymienionych i od wszystkich innych odróżnia, to zegarmistrzowska precyzja,

cyzelowanie

każdego dźwięku, każdej nuty tworzącej ostateczny kształt utworu. O tym, że nie popełnia przy tym grzechu „przeprodukowania”, najlepiej świadczy fakt, że takich krążków jak Avalon czy Boys and Girls po ponad trzydziestu latach od chwili wydania słucha się wciąż znakomicie.

Właśnie od The Main Thing i Slave to Love zaczął się trwający godzinę i pięćdziesiąt minut krakowski koncert. Wszystkie atuty znane z płyt pojawiły się na scenie, doprawione jeszcze rokendrolową żywiołowością wykonań na żywo. Było na przemian gitarowo i lirycznie, usłyszeliśmy piosenki z repertuaru Roxy Music i solowe nagrania, kompozycje własne i covery. Z każdą kolejną piosenką publiczność coraz bardziej zanurzała się w tej muzyce, coraz wyraźniej uświadamiając sobie, w jak świetnej formie są wszyscy muzycy, siedmiu panów, i – jak zwykle u Ferry'ego – panie: trzy tym razem. „Czekoladka” robiąca chórki oraz dwie bardzo niepospolitej urody niewiasty, z których jedna obsługiwała saksofony i instrumenty klawiszowe, a druga skrzypce i także klawisze. Już sobie nie przypomnę, po którym utworze po raz pierwszy owacje były szczególnie gorące i długie, ale to „coś”, to

cudowne sprzężenie

między sceną a widownią rosło i rosło. Żywiołowa reakcja publiczności, jej zachwyt powracał do muzyków powodując, że – najwyraźniej – dali z siebie jeszcze więcej niż zwykle. My biliśmy brawo im, oni – nam, poruszeni widać cieplejszym chyba niż zwykle odbiorem.

Rozpaliły nas takie numery jak Re-make/Re-model z debiutanckiej płyty RM, a gdy rozbrzmiały pierwsze takty Avalon, zwłaszcza piękniejsza płeć jęknęła z zachwytu. I to był moment, który – zdawało się – zakończy część zasadniczą występu. Jednak w pewnym wieku niekoniecznie ma się ochotę przeciągać całość, znikać ze sceny, a potem na nią wracać. Więc otrzymaliśmy jeszcze pięć fantastycznych piosenek, w tym Let's Stick Together, Do the Strand i Lennonowską Jealous Guy – i niemal natychmiast potem rozbłysły światła, nie pozostawiając wątpliwości, że to już koniec. Trochę nagle i niespodziewanie, ale w gruncie rzeczy zrozumiale. Dawka – około sto dziesięć minut – była w pełni satysfakcjonująca - zarówno uszy, bo forma gwiazdy wieczoru i całego bandu była imponująca, jak i oczy, bo oprawa wizualna także mogła się podobać. Szczęście fana jest po takim koncercie pełne, takie muzyczne chwile pamiętać się będzie do końca życia.

(Bryan Ferry, Judith Owen, ICE Kraków, 28 maja)

Trwa ładowanie komentarzy...