O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Spodek znów w purpurze

W purple'owskim graniu za dużo jest rutyny, świetnego, ale tylko rzemiosła, perfekcyjnie odrabianych wieczór za wieczorem dawno wyuczonych lekcji.

*
Gdy niemal równo dziewiętnaście lat temu, w tym samym miejscu, oglądałem występ Deep Purple, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony.

Czas był inny.

Wykonawcy z Zachodu dopiero zaczęli do nas zjeżdżać, dopiero wtedy pojawiły się pierwsze okazje, by niemłodzi już często fani mogli zobaczyć w akcji zespoły swojej młodości. I wyjątkowy, jak się miało okazać, moment, gdy tydzień po tygodniu w Spodku grali Jethro Tull (wspaniale), Emerson, Lake & Palmer (słabo), Black Sabbath z Ozzym Osbourne'em (nie byłem, bo budżet domowy nie był w stanie udźwignąć zakupu tylu biletów jednocześnie) i właśnie DP. Zaskoczenie bylo przyjemne, bo cudów się nie spodziewałem, a tymczasem zobaczyłem i usłyszałem kapelę świetnie brzmiącą i bardzo dobrze nagłośnioną.



Teraz nie było inaczej, tylko że... Minęły dwie dekady, jestem w trochę innym miejscu w życiu i bogatszy o dość pokaźną ilość zobaczonych koncertów. No i to, co najistotniejsze: nigdy nie szalałem za Głęboką Purpurą. Moi starsi bracia, u progu lat 70. zafascynowani rockiem symfonicznym, odrzucili gitarowe granie. Gdy obaj wyfrunęli już z rodzinnego gniazda, zacząłem na własną rękę muzyczne podróże. Traf chciał, że na początku lat 80. Jerzy Janiszewski prezentował w radiu całą dyskografię Led Zeppelin. No i stało się: po LZ, rozpoznanym przeze mnie – jak widać - z pewnym poślizgiem, nic już nie miało prawa smakować, a na pewno nie to mocne granie, w którym prawie wcale nie słychać bluesowych korzeni.

W purple'owskim graniu za dużo jest rutyny, świetnego, ale tylko rzemiosła, perfekcyjnie, ale w sposób całkowicie przewidywalny odrabianych wieczór za wieczorem

dawno wyuczonych lekcji.

Czasem wręcz nudnych jak flaki z olejem dialogów gitarowo-klawiszowych, dobrych może czterdzieści lat temu, ale dziś trącących myszką, tak samo jak cepeliady Dona Aireya, który od lat najpewniej odgrywa podobne solo na swych keyboardach, w polskich koncertach zahaczając o Chopina i dzieweczkę, co do laseczka szła. Wojciech Waglewski w opublikowanej niedawno rozmowie z Wojciechem Bonowiczem powiedział, że publiczność rockowa jest konserwatywna, lubi najbardziej to, co zna. I ta opinia – niech mi wybaczą szalikowcy grupy - świetnie pasuje do tego, co widziałem wczorajszego wieczoru. Mnie podobne granie, trawestując słowa profesora Jerzego Bralczyka, nie ubogaca.



W paru momentach krew zaczynała mi szybciej krążyć, a mianowicie tych, gdy wspomniane już korzenie bluesowe czy rokendrolowe stawały się bardzo czytelne: Lazy, kawałek, za którym kiedyś nieszczególnie przepadałem, dziś jawi mi się jako jeden z najjaśniejszych elementów w układance DP (cóż, dodać muszę, że klawiszowe intro w stylu Keitha Emersona to dla mnie zdecydowany bonus). Zajechany do imentu Smoke On The Water, bez którego żaden koncert grupy obyć się nie może, też ma ten ogień (nomen omen) w sobie. Podobnie jak kawałki na bis – Hush i Black Night. Szkoda wielka, że rozciągnięte w sumie do niemal pół godziny, z – jak wspomniałem wyżej – odklepanymi solówkami i “dialogami” instrumentów – zamiast dołożenia jeszcze jednego czy dwóch zwartych numerów, tak aby bis był tą przysłowiową

wisienką na torcie.

Ale i tak cztery takie utwory to prawie wszystkie z tych, które chciałem usłyszeć. Patrząc na setlisty, na Woman From Tokyo nie było co liczyć.



Czy panowie grać będą dalej, czy nie – pozostanie ich decyzją, mają dla kogo, bo katowicka hala wypełniona była po brzegi, ale ja nie przewiduję już swojego koncertu nr 3, nawet jeśli mam dla starszych panów sporo szacunku, a dla Iana Gillana głębokie ukłony za to, że ciągle wokalnie daje radę.

*
Więcej przyjemności sprawił mi wczoraj support – około czterdzieści minut w wykonaniu Monster Truck, bardzo zdrowo łojącego kwartetu rodem z kanadyjskiej prowincji Ontario, legitymującego się dwiema póki co dużymi płytami. Ich muzyka skrzy się od pomysłów – zgoda, nienowych – i jeśli weny panom nie zabraknie, powinniśmy chyba jeszcze o nich usłyszeć.

(Deep Purple i Monster Truck, Spodek, Katowice, 24 maja 2017)

Trwa ładowanie komentarzy...