O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Dylan potrojony

Dylan należy do grona tych, co to już nic nie muszą, tych, co dawno już udowodnili, co mieli do udowodnienia. Jemu wolno wszystko – po zdradzieckiej zamianie gitary akustycznej na elektryczną, po nawróceniu się na chrześcijaństwo – dziś, jako prawie siedemdziesięciosześcioletni pan, świata zadziwiać nie ma już zamiaru.

*
Coraz trudniej znaleźć mi powód, by kolejny raz oddać się krotochwilnej czynności pisania, zwłaszcza że pisanie to dotyczy spraw tak niepoważnych, jak muzyka nie-poważna. I tym bardziej, że bardziej uprawnionych do tego nie brakuje i co ja pomiędzy nimi mogę takiego osobnego napisać (i, proszę mi wierzyć, nie jest to z mojej strony mizdrzenie się prowincjonalnej pensjonarki).

Gdy jednak nowy album wydaje mistrz i noblista, a więc

primus inter pares

w gronie nobliwych gigantów pop music, czuję się, choćby po cichu, wywołany do tablicy. Bo choć – jak niedawno znów mówił Filip Łobodziński, tłumacz tekstów i wykonawca piosenek BD na dwóch krążkach DYLAN.PL – Robert Zimmerman nie jest u nas ani szczególnie znany, ani lubiany, to ja zakochany jestem w nim miłością fana z każdym rokiem, z każdą płytą coraz bardziej.

Dylan umocował się w moim domu chyba jeszcze zanim poszedłem do szkoły (albo niewiele później), gdzieś na styku lat 60. i 70., gdy moi bracia zrujnowali swoje nastoletnie budżety i wydali ówczesne 120 zł na supraphonowski – czechosłowacki - składak jego piosenek. Płyta, w przepięknej, błyszczącej na granatowo okładce odeszła kilka lat później wraz z kolejną zerwaną znajomością młodszego z moich starszych braci, ale wspomnienie – jak widać – zostało. No i, przede wszystkim, został Dylan ze swoją kopalnią piosenek. Jako dorosły już facet zadurzyłem się w nim powtórnie równe dwadzieścia lat temu, w czym wielki udział miał Paweł Kostrzewa i jego codzienne wówczas, dwugodzinne programy w Trójce. Time Out of Mind (1997) rzuciło mnie na kolana, od tamtej pory kupuję każdy kolejny album artysty, a co kilka miesięcy dorzucam do tego zestawu jakiś starszy krążek.



Dylan należy do grona tych, co to

już nic nie muszą,

tych, co dawno już udowodnili, co mieli do udowodnienia. Nawet do odbioru Nagrody Nobla, wciąż najważniejszej literackiej nagrody na świecie, po raz pierwszy przyznanej nie pisarzowi, a szarpidrutowi, podszedł z sobie tylko właściwą dezynwolturą. Jemu wolno wszystko – po zdradzieckiej zamianie gitary akustycznej na elektryczną, po nawróceniu się na chrześcijaństwo – dziś już, jako prawie siedemdziesięciosześcioletni pan, niczym świata nie zadziwi (świat zresztą jakiś czas temu zidiociał i ekscytuje się raczej głupotą niż nielicznymi przejawami mądrości).

Triplicate
to trzyczęściowa, trzypłytowa i trzecia część trylogii – wespół z Shadows In The Night i Fallen Angels - trzy porcje po, w niewielkim zaokrągleniu, trzydzieści dwie minuty. Tym, co z pewnością zaskakuje, jest tempo wydawania tych albumów:

rok po roku,

co Dylanowi nie zdarzyło się od bardzo dawna. Nie wiem, czy to efekt świadomości, że czas się kurczy i że trzeba się spieszyć. Jednakże słuchając tych nagrań jestem o niebo szczęśliwszy niż przy słuchaniu równie rozpędzonego Neila Younga czy, sięgając do sąsiedniej parafii, przy oglądaniu filmów Woody'ego Allena. Ci dwaj mają bowiem poważny problem z utrzymywaniem w swych kolejnych propozycjach wysokiego poziomu, podczas gdy BD w starej skali ocen niezmiennie gra po prostu na bd.



Jego młyn miele kolejny raz pieśni z zestawu The Great American Songbook i robi z tego mąkę wyborną. Wyciszone aranżacje i kameralne wykonania zachwycają, a stare piosenki lśnią zupełnie nowym blaskiem. Wiem, że to świętokradztwo w takim kontekście, ale przypomina mi się, jak przed laty, na opolskim koncercie poświęconym Agnieszce Osieckiej, Stanisław Sojka usiadł do fortepianu i wydobył zupełnie nieoczekiwaną – przynajmniej przeze mnie - urodę z piosenki Uciekaj, moje serce, w oryginale wypitolonej na potrzeby serialu telewizyjnego przez kompozytora Seweryna Krajewskiego.

Nie porównuję, niech mnie Bóg broni, kompozycji Krajewskiego do uświęconych pieśni zza oceanu, chcę tylko nieśmiało zaznaczyć, jak wiele może uczynić inna

aranżacja.

Dylan z piosenek pełnych orkiestrowego rozmachu i niejednokrotnie połyskliwego blichtru w stylu kasyn Las Vegas wydobywa subtelność, delikatność i oszałamiająco, po prostu, piękne melodie. A gdyby jeszcze komuś przyszło do głowy, że i w takiej aranżacji mogliby pokusić się o ich zaśpiewanie na przykład Celina Dionova albo Matt Dusk, to bluesowe skrzeko-chrypienie mistrza sprawia, że myślimy jednak o półmroku niewielkiego klubu, może i zadymionego i z brzękiem szkła przy barze, ale wręcz zabójczo stylowego.

Dylan – jak on to robi?! - nagrywa nie swoje zupełnie po swojemu. Czyż to nie najmocniejszy dowód, że jest i sam czuje się elementem amerykańskiej kultury, ogniwem w łańcuchu zaoceanicznego muzycznego tygla? Jest w tak znakomitej formie, że już nie mogę się doczekać kolejnej płyty. Mam wielką nadzieję, że tym razem z jego nowymi piosenkami. A zresztą, niech robi co chce. Byleby ciągle chciał.

(Bob Dylan, Triplicate, 2017)

Trwa ładowanie komentarzy...