O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Tymon Tymański w porządku jest

Siedmiu panów i dwie panie, kawał warsztatu, duża kultura muzyczna - naprawdę dobrze zorganizowany hałas dopadł zgromadzonych w sobotni wieczór w katowickim Rialcie.

*
W południe lektura wywiadu w „Gazecie”, wieczorem koncert. A po koncercie niespodziewany suplement, gdy artysta podchodzi do „naszego” stolika i gratisowo dzieli się z nami, przypadkowymi – cokolwiek by mówić – słuchaczami, kolejną porcją swoich niepokojów, swojej niechęci do rzeczywistości. Cóż, żyjemy w kraju, gdzie możemy próbować udawać się na emigrację wewnętrzną, wypraszać pewnych gości z domu przy pomocy czerwonego guzika w pilocie, ale polityka i tak raz po raz będzie nas dopadać.

Mogę się mylić w swych przypuszczeniach, ale widzę to tak:

facet dobiega pięćdziesiątki,


jest bezdyskusyjnie zdolnym człowiekiem, kimś godnym miana artysty. W tym wieku chciałoby się już dyskontować wcześniejsze dokonania, znaleźć się w dobrze pojętej strefie komfortu, która pozwalałaby realizować kolejne zamierzenia. Czyli, nawet jeśli nie być albo nie chcieć być artystą mainstreamowym, to jednak dysponować dostatecznie dużym kręgiem odbiorców, a co za tym idzie, bezpiecznym zapleczem finansowym.

A polska rzeczywistość, także ta muzyczna, skrzeczy. Tutaj, szczególnie gdy wykonawca nie ma zamiaru ani temperamentu pozwalającego okopać się na wybranych pozycjach, jeśli jest niespokojnym duchem, gdy wyobraźnia rzuca nim od jednego, jazzowego (jassowego) projektu do drugiego beatlesowskiego, od jednego pomysłu do drugiego, tym trudniej o określenie swojej artystycznej tożsamości i tym łatwiej zaskakiwać publiczność nowymi dokonaniami. A publiczność wtedy ma prawo czuć się zaniepokojona, bo nie wie, czego spodziewać się za następnym rogiem, czyli wewnątrz kolejnej okładki kolejnej płyty. W ten sposób, w kraju, gdzie Złotą Płytę przyznaje się za piętnaście tysięcy sprzedanych egzemplarzy, niezmiernie trudno jest o zdobycie i utrzymanie swojego

muzycznego elektoratu.

Tym trudniej, im ciężej jest o przebicie się do najważniejszych potencjalnych przedstawicieli tego elektoratu, czyli dziennikarzy – i ich gustów - w rozgłośniach radiowych.



*
Ta refleksja wraca do mnie raz po raz. Bo pamiętam czasy, gdy między Bałtykiem a Tatrami grać potrafiło niewielu, a z tych niepotrafiących całkiem spora grupka nieźle funkcjonowała gdzieś między Opolem, Muzą, Sopotem a Pronitem. Teraz ludzi umiejących naprawdę dobrze posługiwać się instrumentami jest w Polsce mnóstwo, a ryneczek lidla jest w stanie nielicznych tylko przygarnąć, o przytuleniu nie wspominając.

Dziewięcioro muzyków na scenie Rialta w sobotni wieczór to całe mnóstwo, to także długa lista płac. Siedmiu panów i dwie panie, kawał warsztatu, duża kultura muzyczna - naprawdę

dobrze zorganizowany hałas.

Pierwsze pół godziny stanowiły pieśni z nowej płyty Tymona & The Transistors, Zatrzymaj wojnę!, pozostałe ponad sześćdziesiąt minut to wcześniejsze propozycje zespołu. Rozrzut stylistyczny ogromny: od Okudżawy do Franka Zappy, od Ciechowskiego do Joy Division, od Wysockiego do Davida Bowiego.



Tymański, macho, absolutny lider, uosabia odwieczne pragnienie mężczyzn: Jim Bean, kobiety i śpiew, czyli jest na szczęście nie cyfrowy, tranzystorowy, a lampowy, analogowy. Dominuje, przykuwa uwagę, mówi sporo pomiędzy utworami, nie przebierając w słowach, zwilża gardło pociągnięciami łiskacza. Ale, co zdecydowanie istotniejsze, pokazuje niemały kunszt jako gitarzysta, ogarnia wszystko, co dzieje się na scenie, daje pograć kolegom, a ci również potrafią naprawdę sporo. Czadu dają świszczypały (termin samego Tymańskiego), czyli saksofon i trąbka, popisowe partie mają też klawiatura i bębny, swoje robią druga gitara i bas, do tego jeszcze panie – na wokalu i wiolonczeli – oj, jest czego posłuchać. Głos Tymańskiego to nie najmocniejsza jego strona, ale te zaskakujące u dużego mężczyzny falsety wdzięcznie i dźwięcznie nawiązują do jednej z wielu fascynacji lidera, czyli The Beatles. Reasumując, Transistors mogą zagrać wszystko, dają radę, energii i chęci cały czas mając pod dostatkiem.

Tylko, cholera, w tym zdecydowanym ukontentowaniu występem kapeli docieram do jego istoty:

eklektyzmu.

A więc i pytania – dla kogo to ostatecznie jest, kto ma stanowić target? Bo tu niestety nie USA i nie Wielka Brytania, nie Berlin i nie Amsterdam, tu zdecydowanie łatwiej na scenie o utrwalony stan frustracji. Bo podaż olbrzymia, w Katowicach na przykład dzień po dniu koncert albo dwa, bilety sprzedają się opornie – i nie mi w tym miejscu diagnozować, dlaczego.


*
Znów uświadamiam sobie, jak wiele ciekawych rzeczy dzieje się w Trójmieście, jaka tam dokonuje się od czasów Rhytm and Bluesa i Bogusława Wyrobka bezustanna fermentacja, iluż tam zdolnych muzyków, ileż świetnej muzyki się rodzi. A co z tego po latach zostanie? Wysokie czoło i te włosy, których już nie mam, podpowiadają mi, że - niestety - dużo ludzkich niespełnień i tylko kupka płyt. Z jednym zastrzeżeniem: niekoniecznie tych, o których myślimy dzisiaj.

(Tymon & The Transistors, Rialto, Katowice, 22 kwietnia)

Trwa ładowanie komentarzy...