Voo Voo – więcej niż z środy na czwartek

Waglewskiego wszędzie pełno. Książki Bonowicza i Metza, wywiady w telewizjach i gazetach, jego zdjęcie pojawia się nawet na okładce „Tygodnika Powszechnego”. No, celebryta po prostu. Tyle tylko, że mi to zupełnie nie przeszkadza, zupełnie nie wkurza. Z jednego powodu: bo lubię Pana WW.

Bo nie opowiada, jak bardzo jest zakochany w nowym obiekcie uczuć, gdzie zamierza spędzić miodowy weekend, na którym najczęściej śpi boku i co jada na śniadanie. Jako współprowadzący „Magiel Wagli” poraża skalą zainteresowań muzycznych, prezentując zwykle nieszczególnie znanych wykonawców z bardzo odległych od siebie półek. Jest w tym bardzo daleki od tych pobratymców w graniu, którzy mówią, że słuchają niewiele albo wcale, ponieważ nie chcą zaśmiecać sobie głowy, albo twierdzą, że nic ciekawego od lat się nie nagrywa. Jak widać na przykładzie WW, mimo pewnego zaawansowania już w latach ("godzina młoda/a ciało już mniej"), można ciągle być ciekawym tego, co robią inni, i nie obawiać się, że przeszkodzi to twórczości własnej.

Bo Wagiel senior ciągle jest, by użyć jednej z jego ulubionych formułek,

ciekawski świata i ludzi.

A że ma zwyczaj ciągłego używania rozumu i zachowuje równowagę między tym rodzajem pychy, który pozwala być artystą, a pokorą i dystansem do siebie – zwykle (co niezwykłe wśród szarpidrutów) mówi mądrze. A jak ktoś mówi mądrze, starannie i powoli dobierając słowa, zawsze – uważam – warto go posłuchać.



Nie mam więc wrażenia, że WW wokół mnie za dużo. Raczej z pokorą przyznaję, że wreszcie za nim nadążam. Bo – chyba się nie mylę? - trochę zwolnił tempo nagrywania kolejnych płyt, powodując tym samym, że, najzwyczajniej, zaczynam nasłuchiwać i tęsknić za jego nowymi piosenkami. Nie odważę się napisać, że Voo Voo jest teraz lepsze niż dawniej, natomiast jednego jestem pewien – że jest mi od dwóch płyt bliskie jak nigdy. Bo bliska jest mi refleksja człowieka, który ma świadomość, że już schodzi ze swojej góry. Nadstawiam uważniej niż wcześniej ucha – słuchając krążków Dobry wieczór i teraz 7 - gdy przemierza ścieżki miłości i jednej „tylko” kobiety u swego boku, gdy – mimo iż spełniony („Gdybym miał jutro zaczynać od nowa, nie zmieniałbym niczego”), wciąż mocuje się ze światem.

Przede wszystkim jednak

oszałamia dźwiękami.

Dobieranymi starannie i coraz oszczędniej – i myślę, że gdyby legitymował się paszportem amerykańskim lub angielskim, wymieniany byłby dziś jednym tchem ze starymi mistrzami: Dylanem, Simonem, Stonesami, Van Morrisonem czy Neilem Youngiem. Ale i tak ciągle mam nadzieję – i to coraz mocniejszą, słuchając 7 widoków w drodze do Krakowa i teraz 7 – że drogi WW (Voo Voo) i Grzegorza Turnaua zejdą się wreszcie na dłużej, na całą wspólną płytę. I że będzie to wielkie wydarzenie muzyczne nad Wisłą i trasa z koncertami zupełnie niezwyczajna.



7 to muzyka kameralna, rockowego largo i allegro właściwie tutaj nie ma, żadnego gęstego brzmienia: w każdej sekundzie każdego utworu można pochylić się ku wybranemu instrumentowi. Zachwycić się gitarą, oszczędnym saksofonem, gitarą basową na przemian z kontrabasem czy też perkusją. Wszystko starannie ułożone na muzycznym talerzu, wyważone w swych proporcjach, a przy tym nie ma wątpliwości, że to

granie z serca,

że spływające z palców nuty naznaczone są lekkością, a nie rodziły się w studyjnych i wystudiowanych bólach. Muzyka snuje się niespiesznie – to nie wodospady gorzały spadające do kieliszków albo wręcz szklanek i pite całymi haustami, do dna. To wino małymi łykami rozprowadzane po języku i podniebieniu, smakowane z uwagą i przełykane po cichu i z żalem, jaki budzą tylko rozstania z kimś bliskim.

Tak grających rodzimych muzyków jest zaledwie garstka, takich płyt, co to mogłyby się ścigać z całym światem – bardzo, bardzo niewiele. I nawet jeśli jest to świat odchodzący, taka kwalifikacja nie ma dla mnie znaczenia, bo to jedyny świat, w którym czuję się choć trochę u siebie. Jednakże Panowie Waglewski, Pospieszalski, Martusewicz i Bryndal z nikim ścigać się nie chcą. Raczej prowokują pytania o to, jak bardzo stępiała nasza – słuchaczy – wrażliwość. Czy jesteśmy jeszcze w stanie usiąść i wysłuchać pięćdziesięciu minut muzyki w skupieniu, nie jako tła, ale jako dania głównego. Jedynego. Bo warto się zatrzymać – ze szczególną uwagą nad znakomitym, jazzującym Czwartkiem. Warto dać się ponieść – do samego końca, aż do fantastycznego, okraszonego partią fortepianu oraz rewelacyjnym solem saksofonu, beatlesowskiego finału Wtorku.

(Voo Voo, 7, 2017)

Trwa ładowanie komentarzy...