The Rolling Stones Olé Olé Olé!

- Ile lat nie było prezydenta USA na Kubie? - pyta w rozmowie telefonicznej Mick Jagger. - Nie wiem, chyba jakieś osiemdziesiąt - pada odpowiedź. - I ma przyjechać właśnie teraz, gdy my chcemy zagrać koncert?!

*
W katowickim „Rialcie”, w czasie niedawnych obchodów siedemdziesięciolecia urodzin Tadeusza Sławka, profesora i rektora Uniwersytetu Śląskiego, jubilat z renesansową jak zawsze brawurą skojarzeń porównał dyskusje między miłośnikami psów i kotów do zagorzałych przed paroma dziesiątkami lat sporów między fanami The Beatles i Rolling Stones (o domniemaną wyższość jednych nad drugimi lub odwrotnie).

Wychowany zostałem, jeszcze w okresie przedszkolnym, w miłości do obu zespołów. Przez kolejne pół wieku to bardzo nieletnie uczucie przekształcało się w coś dozgonnego i nie do ruszenia. Pozostaje mi poczynić tylko jedno, oczywiste, rozróżnienie. The Beatles to od 1970 roku historia, tym boleśniejsza, że nie ma już wśród żywych Johna Lennona i George'a Harrisona, a The Stones, jak gdyby nigdy nic, górę swej legendy usypują wciąż wyższą i wyższą.
 
Patrząc w poniedziałkowy wieczór na te cztery - chyba nie tylko moje? -

najukochańsze gęby

rokendrola, na te twarze bezlitośnie poorane nie wyłącznie upływem czasu, w oczy nadal gotowych na szaloną zabawę nastolatków, pomyślałem sobie: "O rany, ledwie wyskoczyłem z pieluch, gdy w moim domu zaczęła rozbrzmiewać ich muzyka, poszedłem do szkół, wkroczyłem w tzw. dorosłość, ożeniłem się, urodzili się moi synowie – dziś już dorosłe chłopy, zacząłem się starzeć, siwieć i łysieć, a oni ciągle grają!". Przyszło mi do głowy, że ja będę umierał, a oni szykować się będą do następnej trasy koncertowej.



Właśnie: film jest swego rodzaju impresją dotyczącą ostatniej, wiosennej trasy kapeli, tym razem po Ameryce Południowej, którą zwieńczył mozolnie przygotowywany występ w Hawanie. Widzimy wariujących na punkcie muzyki TRS ludzi kilku pokoleń, w Santiago de Chile, Motevideo, Limie czy Meksyku. Oglądamy szczególnie obszerny fragment dotyczący Argentyny i Buenos Aires (to zdecydowanie temat na oddzielny film). 

Dowiadujemy się lub przypominamy sobie o tym, że w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, targanych nie tylko gospodarczymi problemami, rządzonych w sposób dyktatorski - muzyka rockowa była zakazana (tu, w europejskich demoludach, żadna władza nie odważyła się posunąć tak daleko), że w Argentynie Stonesi stali się symbolem tego muzycznego i kulturowego „ruchu oporu” młodych, zwanego rollingas.

Otrzymujemy migawki z pobytu członków zespołu w kolejnych stolicach, z ich spotkań z miejscowymi muzykami. Wreszcie, co oczywiste, wypowiedzi samych muzyków - dotyczące zarówno samego zespołu, jego historii, jak i passusy o nieustannej, wielkiej ochocie, by karmić się nowymi wrażeniami, by poznawać świat i ludzi, inne kultury.



To wszystko przetykane jest fragmentami występów. Słychać, że ciągle znakomitych. Widać powtarzające się

obrazki oszalałych ze szczęścia,

roześmianych lub płaczących ze wzruszenia fanów wypełniających szczelnie kolejne stadiony i nie mniej szczęśliwych muzyków, którzy doładowują swoje - i tak nie do zdarcia - akumulatory gorącą reakcją widowni, wniebowziętych, że wciąż mogą robić to, co kochają w życiu najbardziej, dając jednocześnie radość milionom ludzi na świecie.

Widać też przez cały film to, co zostaje na samym jego końcu zwerbalizowane. Pamiętamy, że w kapeli działo się różnie, Richards w opublikowanej nie tak dawno, bo w 2011 roku biografii pisał z nutą goryczy, iż w garderobie Jaggera nie był od dwudziestu lat. Jak w małżeństwie z długoletnim stażem, bywały okresy lepsze i gorsze. Dziś te relacje są znów wspaniałe, starsi panowie wciąż, na scenie i poza nią, poszturchują się jak sztubaki, uśmiechają się raz po raz do siebie wyraźnie zadowoleni z faktu, że wciąż są razem, podczas każdego kolejnego koncertu przywracając pełny blask dawnym kompozycjom, pieczętując po raz enty przyjaźń między sobą - to niesamowite, wykraczające daleko poza scenę rokendrolowe braterstwo krwi i potu.

Jest taki fragment filmu, gdy Glimmer Twins wspominają, jak w 1968 roku urwali się w czwórkę, z Marianne Faithfull i Anitą Pallenberg, do Rio de Janeiro i jak tam właśnie narodził się jeden z największych przebojów, Honky Tonky Women. I zaraz potem nastolatkowie po siedemdziesiątce, jeden z gitarą, grają ten numer w jakiejś garderobie. Radość patrzeć, radość słuchać. Richards zresztą pięknie mówi w innym miejscu o tym wyjątkowym instrumencie, jakim jest dla niego gitara: "Gdy zaczynałem, nie wiem, czy to ja grałem na niej, czy ona na mnie".


Motywem przewodnim filmu


jest organizacja - darmowego - koncertu zespołu w Hawanie, długie miesiące przygotowań, dogadywania się w tej sprawie z komunistyczną władzą na Kubie. Gdy okazuje się, że z pierwotnie ustalonym terminem ma zbiec się  pierwsza od lat wizyta prezydenta USA na wyspie, że miałoby to nastąpić na dwanaście godzin przed przybyciem Obamy, Jagger odbywa rozmowę telefoniczną z jedną z menedżerek. Pyta:

- Ile lat nie było prezydenta USA na Kubie?
- Nie wiem, chyba jakieś osiemdziesiąt - pada odpowiedź.
- I ma przyjechać właśnie teraz, gdy my chcemy zagrać koncert?!

Data zostaje przesunięta o prawie dwa tygodnie, okazuje się, że to Wielki Piątek i tym razem papież Franciszek apeluje o zmianę terminu. Ekipa jest już jednak tak zmęczona i zdesperowana, że postanawia nie ulec tym naciskom. Koncert dochodzi do skutku.



Nie wiem, czy Stonesi są na Kubie bardziej popularni od Chrystusa (pół wieku temu takim stwierdzeniem o Beatlesach zbulwersował świat Lennon), ale wierzę, że jeśli Bóg jest, wybaczył to nałożenie się dat. Bo ta trasa koncertowa przypomniała o czymś bardzo ważnym:

o ładunku społecznym i kulturowym,

jaki niósł ze sobą rokendrol w latach sześćdziesiątych, ze swoimi anarchistycznymi i pacyfistycznymi przesłaniami. Wpadając na chwilę w patos: być może ten występ był najpiękniejszym nabożeństwem wielkopiątkowym, jakie mogło w bieżącym roku przydarzyć się wyspie panów Castro. Wydarzeniem przywracającym tamtejszym ludziom godność, przypominającym o wartości największej - wolności. Każdy, kto - tak jak ja - pamięta czasy PRL-u, rok 1980 i potem 1989, nie może nie dostrzec tych analogii. Rokendrol to wyzwolenie, widziany z perspektywy innej niż europejska czy północnoamerykańska, jest wciąż bombą o wielkim ładunku. Zwłaszcza gdy jest tak znakomicie podawany, grany na najwyższym mimo upływu lat poziomie. Przecież tych czterech panów uosabia wolność i anarchię jak mało kto.

Rok 2016 w dziejach rocka będzie datą bardzo znaczącą: z jednej strony z powodu śmierci wyjątkowo wielu wybitnych jego przedstawicieli, a z drugiej – za sprawą Nagrody Nobla dla Boba Dylana i wielce symbolicznego koncertu The Rolling Stones w Hawanie.

(The Rolling Stones Olé Olé Olé!, reż Paul Dugdale, 2016)

Trwa ładowanie komentarzy...