O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Sierota po Gregu Lake'u

Nie znajduję drugiego męskiego tak seksownego głosu w rocku, tak bardzo uwodzącego, głębokiego, tak urzekająco i jednocześnie zupełnie nieckliwie brzmiącego w nastrojowych balladach.

*
Osobista linia horyzontu coraz bliżej. Dowodów na to mam aż nadto: pierwsze cyfry peselu stają się coraz bardziej zamierzchłą przeszłością, narodzin wokół mnie coraz mniej, za to informacji o śmierci wciąż przybywa.

Tych szczególnie bolesnych również. Z poprzedniego pokolenia w rodzinie ostali się bardzo nieliczni, umierają też ci, którzy swoim życiem czy dziełem wpłynęli na mnie szczególnie. Gdy umiera ktoś spośród tych najbardziej lubianych i cenionych muzyków, mam wrażenie, że oto odszedł człowiek naprawdę bliski, niemal członek rodziny.

Bo przecież od zawsze był w moim domu, tym czy innym, na taśmach magnetofonowych, a potem płytach. Był ze mną za sprawą głosu, gitary czy innego instrumentu. Wyzwalał wielkie emocje, wzruszał – a przecież: czy można wpływać mocniej na drugiego człowieka niż wtedy, gdy – na przykład muzyką – dociera się do jego najintymniejszych zakamarków? Jako fana może mnie nie interesować życie prywatne muzyka, czy ćpał, pił, miał jedną albo wiele żon oraz gdzie i z kim spał ostatniej nocy. Najbardziej istotne jest to, że ktoś taki był ze mną za sprawą tego, co w nim najlepsze, najpiękniejsze: talentu.

Kilka miesięcy temu wspominałem Keitha Emersona i w głowie mi nie postało, że końca 2016 roku nie doczeka też inny członek słynnego tria. Tymczasem 7 grudnia, w wieku sześćdziesięciu dziewięciu lat, walkę z rakiem przegrał Greg Lake.



*
Tak się złożyło, że dla mojego starszego rodzeństwa, przynajmniej w pewnym okresie, końca lat 60. i przez całe 70., rozbudowane formy muzyczne z użyciem baterii instrumentów klawiszowych stały się istotniejsze niż ostre brzmienie gitar. Czy ja, kilku-, a potem kilkunastoletni chłopak mogłem pozostać wolny od wpływu braci? Pozostać zupełnie obojętnym, gdy szczególną atencją darzyli oni grupę Emerson, Lake & Palmer?

Cóż, mogło być pewnie i tak, ale – do dziś – pozostaję głęboko nieobojętnym. Mimo że minęło od tamtego czasu parę dziesiątków lat, przetrawiłem mnóstwo różnej muzyki, na szczenięce emocje nałożyła się chłodna analiza, a z niektórych dawnych miłości pozostały jedynie zgliszcza albo obojętne wzruszenie ramion.

Co tu dużo mówić, najprzyjemniejsza w słuchaniu muzyki nagranej dawno temu jest konstatacja, że młodzieńcza i nieopierzona czasem miłość przerodziła się w dojrzałe uczucie, że ta czy inna płyta wkładana po raz enty do odtwarzacza nieodmiennie powoduje żywsze bicie serca.



Jak popatrzę na swoje regały z płytami, coraz trudniej znaleźć na nich te pozycje, które nagrane zostały przez zespoły, których wszyscy członkowie do dzisiaj żyją, podobnie rzecz się ma z wieloma wykonawcami tworzącymi pod własnym nazwiskiem . AC/DC – nie żyje Bon Scott, Allman Brothers Band – Duanne Allman, Beatles – John Lennon i George Harrison, David Bowie, Leonard Cohen, Cream – Jack Bruce, Doors – Jim Morrison i Ray Manzarek, Eagles – Glenn Frey, Emerson, Lake & Palmer – dwaj pierwsi. A to ledwie cząstka, zaledwie początek alfabetu.

Przy słuchaniu muzyki coraz częściej pojawia się więc to ukłucie w sercu fana, że wielu spośród nich już nie ma, ukłucie szczególnie mocne, co zrozumiałe, na świeżo, krótko po usłyszeniu czy przeczytaniu wiadomości o śmierci. Bolesna refleksja dotycząca przemijania, nieodwracalności. Ten ból łagodzi nieco fakt, że po nieprzeciętnych coś zostaje, ich już nie ma, ale oddziałują nadal: pisarze, malarze, kompozytorzy, muzycy – non omnis moriar.

*
Grega Lake'a (ur. 1947) słychać na kilkudziesięciu albumach. Zaryzykuję precyzyjną liczbę: siedem z nich to płyty wybitne - dwie King Crimson i pięć EL&P. Wśród nich In The Court of The Crimson King (1969) i debiut EL&P (1970) to krążki przełomowe, tworzące nową jakość w muzyce rockowej, prowadzące ją w rejony wcześniej nieodkryte. Jak popatrzeć w metryki twórców, okazuje się, że stworzyli te płyty ludzie bardzo młodzi, a przecież skala ich talentu oszałamiała i oszałamia nadal.

Wielkie grupy w sporej mierze stoją wybitnymi wokalistami – głos to pierwszoplanowy instrument, trudno być świetnym śpiewakiem w słabej grupie i, odwrotnie, trudno być dobrą grupą ze słabym wokalistą. W tej mojej muzycznej karmie, początek biorącej w drugiej połowie lat 60., głos Grega Lake'a na zawsze już pozostanie wyjątkowy: nie znajduję drugiego męskiego tak seksownego wokalu w rocku, tak bardzo uwodzącego, głębokiego, tak urzekająco i jednocześnie zupełnie nieckliwie brzmiącego w nastrojowych utworach, najczęściej zresztą autorstwa samego Lake'a.



Muzyk trafił na swojej muzycznej drodze na dwie bardzo silne osobowości, Roberta Frippa zamienił na Keitha Emersona, iskry leciały wielokrotnie, lata mijały, a rany nie chciały się goić. Lake nie był dość mocny, by samodzielnie pokierować zespołem, jednakże jako współautor przeszedł do historii rocka.

Jego głos nieodłącznie kojarzyć się będzie z pierwszym wcieleniem King Crimson, choć na In The Wake of Poseidon (1970) był już tylko gościem. Epitaph z jednej, 21st Century Schizoid Man z drugiej oraz I Talk to The Wind z trzeciej strony. Będąc członkiem EL&P zapisał się jako autor wspaniałych ballad: Lucky Man kończącego pierwszy album, a napisanego podobno jeszcze w bardzo wczesnej młodości, From The Beginning, Still... You Turn Me On, C'est la vie czy antyświątecznego I Believe In Father Christmas.



Ktoś powie, że te wspomniane siedem płyt to przecież zaledwie pięć lat: 1969-1973. Zgoda, życzyłbym jednak sobie samemu i każdemu tak wybitnego kawałka biografii. I całej tak bardzo niepospolitej.

*
Lista tych, co odeszli, jest w tym roku okrutnie długa. Ale jako facet po pięćdziesiątce od dawna już nie mam złudzeń: świat, który zastałem wkraczając najpierw w młodość, a potem w dorosłość, odchodzi coraz bardziej w przeszłość. A więc także ten świat najbardziej ukochany - muzyczny.

Trwa ładowanie komentarzy...