Grupa naTemat

Z wolnej ręki - Eric Clapton w Oświęcimiu

Ostatni dzień piątej edycji Life Festivalu w Oświęcimiu zwieńczył występ jednej z największych legend rokendrola - Erica Claptona.

Zanim jednak mistrz gitary pojawił się na scenie, gościła na niej wciąż uznawana za czołową polska artystka. Tymczasem w moim odczuciu Edyta Bartosiewicz to od dawna jedno - trudno nawet mówić, że wielkie -

rozczarowanie.

Lata przerwy niczego u niej nie zmieniły. Tak jak niedbale, z okropnym frazowaniem śpiewa na płycie, tak, albo jeszcze gorzej, na żywo. W ten sposób można wydawać z gardła dźwięki przy ognisku albo w wersjach demo nagrań, ale nie dla paru tysięcy ludzi. Lekcje śpiewu i dykcji potrzebne od zaraz, ale co z materiałem muzycznym? Ani krztyny w tym finezji, odrobiny gry palcami na gitarze, wszystko zlewa się w popkonfekcyjną miazgę - nawet cover Joy Division Love With Tear Us Apart. I chyba nic tu już nie pomoże. Ta świetna kiedyś wokalistka i - wydawało się - zdolna kompozytorka jest dziś, jak sądzę, nie do odratowania.

*
Czego spodziewaliśmy się po wczorajszym występie E.C.? Czego ja się spodziewałem, a co otrzymałem? Clapton nieuchronnie zbliża się do siódmego krzyżyka. Jako muzyk koncertujący wciąż jest niesłychanie aktywny, wciąż w wybornej formie jako instrumentalista i nie gorszej jako wokalista, a tym ostatnim wybitnym nigdy przecież nie był. Czy mamy czuć się zawiedzeni, że to było

tylko półtorej godziny?

Pora chyba oswoić się z myślą, że występy festiwalowe rządzą się swoimi prawami, nawet te ostatnie danego dnia. Jeśli doceniamy, że zaczynają się bardzo punktualnie, to uszanujmy też zakontraktowaną - najwyraźniej - ich długość. A ta najczęściej oscylować będzie wokół dziewięćdziesięciu minut.

Czy poza tak określonym dystansem coś było nie tak? Jeśli większość widzów miała niedosyt, to tylko dlatego, że ze sceny płynęły wspaniałe dźwięki. I chciałoby się jeszcze, bo wiadomo, że E.C. ma w czym wybierać.



Ośmioosobowy skład, którego poza liderem ozdobą byli Andy Fairweather Low na drugiej gitarze i Paul Carrack na organach, obaj znakomicie śpiewający, no i te dwie smaczne "czekoladki" (po filmie O krok od sławy chyba już zawsze będę inaczej, znacznie cieplej i z większą uwagą, popatrywał na chórki) - to absolutne

zawodowstwo.

I chyba nie ma większego znaczenia, ile świeżości mogą wydobyć z siebie niemłodzi muzycy, odgrywający te same numery po raz nie wiadomo który, od wielu, wielu lat. A jednak wciąż najwyraźniej odzywają się w nich dusze rasowych bluesmanów, którzy z radością kładą palce na instrumentach, by wydobyć z nich wielkiej urody dźwięki. I'm just a swinger - chciałoby się sparafrazować tytuł pewnej piosenki. Ten puls, ten swing w ich sercach powoduje, że wciąż czerpią siłę z grania, wciąż w jazzowy sposób podchodzą do większości utworów, w których znajduje się miejsce na smakowite solówki dwóch gitar, fortepianu i organów.



Repertuar koncertu był trochę krótszą mutacją ubiegłorocznego występu w Łodzi. Wyraźnie zarysowane były

trzy części:

pierwsza elektryczna - z m.in. Key To The Highway i Tell The Truth z jedynego albumu formacji Derek And The Dominos oraz klasyka Hoochie Coochie Man W. Dixona, druga, akustyczna, z Laylą, Tears In Heaven i cudnej urody numerem JJ Cale'a Crazy Mama. W trzeciej, znów elektrycznej, mieliśmy wokalne popisy Carracka w How Long i Fairweathera Lowa w Gin House oraz żelazne pozycje w postaci Crossroads i Cocaine. Na bis zespól zagrał High Time We Went Cockera i Staintona.

Było pięknie, stylowo, z wielkim kunsztem, więc taki koncert mógłby jeszcze trwać i trwać. Ale cieszmy się tym, co otrzymaliśmy. Czas biegnie nieubłaganie - mistrzowie rokendrola są coraz starsi i nie wiadomo, jak długo jeszcze będą nam opowiadali swe muzyczne bajki. Oby jak najdłużej, bo wciąż na ich koncertach pełno nie tylko siwych i łysiejących głów, ale i bardzo młodych ludzi.

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Muzyka
Skomentuj